30 grudnia 2012

Rozdział XVI


Świętujmy siedem tysięcy wyświetleń! 
Z tej pięknej okazji dodaję posta; przemilczmy, iż ostatni pojawił się prawie dwa miesiące temu. Jednak jako, iż poniekąd mamy powód (ekhem, ja mam), żeby się cieszyć, to dzisiejszy post będzie... nieco inny. Z pewną wstawką, nie przestraszcie się, jeśli nic nie zrozumiecie. 
Ale bez zbędnych gadanin: enjoy!
 ~~~~~~

"W tańcu możesz sobie pozwolić na luksus bycia sobą" ~ Paulo Coelho 
 
To ja. Zawsze wchodzę w wielkim stylu, z uśmiechem rozjaśniającym usta… i z pobrudzoną błotem suknią oraz rozwianym włosem.
- To element przebrania! – zapewniałam gorliwie co drugą elegancko przebraną damę, która patrzyła na mnie z ulitowaniem. Bądź troską. Nabrałam obawy, że rzeczywiście wyglądam na swoje szesnaście lat i nikt nie będzie mnie traktował na poważnie, jednak czasoprzestrzeń Księstwa Blacktee powinna byłam  lokować daleko w przeszłości i nazywać czymś na kształt średniowiecza, a wtedy szesnaście lat to nie było tak mało, prawda? No pewnie. Zapewne byłabym mężatką z dzieckiem bądź w zaawansowanym stadium ciąży, naprawdę uroczo. Nie wyobrażam sobie siebie z brzuchem, ba, wizja mnie w długiej sukni wydaje się już co najmniej dziwna i zdecydowanie naciągana. W średniowieczu pewnie byłabym uważana za jakiś niż społeczny, bo ze swoją pewnością siebie, zamiłowaniem do adrenaliny i szermierki pchałabym się na wojnę, gdzieś po drodze udając, że jestem mężczyzną.
- Ma panienka zaproszenie? – Głos jakiegoś strażnika wyrwał mnie z zamyślenia i sprawił, że moje ciało przeszył dreszcz. – To przyjęcie wyłącznie dla elity
- No błagam – parsknęłam z dawką sarkazmu, dopiero po chwili krytykując się w myślach za swój brak manier. Powinnam być pokorna wobec ludzi, przynajmniej wobec strażników… ale powiedz to człowiekowi, który całe życie spędził z Warszawie, poniekąd jako będące na skraju depresji po śmierci matki dziecko, które irracjonalnie zapragnęło nauki szermierki, by móc się bronić? Och, nikt nigdy nie powiedział, że jestem normalna. Stwierdziłam w końcu, że aby obronić się przed tym, co zabiło moją matkę, muszę umieć walczyć. Jeśli pominiemy fakt, że matka zmarła na gruźlicę, a nie przez atak smoka czy nawet mafii, to być może zabrzmi to w miarę normalnie. – Czy sądzi pan, że gdybym nie była z elity, to mogłabym sobie pozwolić na taką suknię? Nie wzięłam zaproszenia, nie pomyślałam, że ktoś mógłby mnie nie wpuścić, znieważyć, uznać, że jestem z pleb…
- Są zasady. – Mój potok słów został  przerwany przez głos nieco podenerwowanego mężczyzny, który spoglądał na mnie ze złością. Za mną rozciągała się niemała kolejka osób, które chciały wejść, ale wszyscy zatrzymali się, aby chwilę popatrzeć na kłótnię małolaty z mężczyzną z bronią. Fakt, nie było to zbyt rozsądne. Odsunęłam się nieco w bok, tak, aby nie stać na środku ścieżki, ale strażnik wciąż patrzył na mnie z powątpiewaniem.  
- Widzi pan… - zaczęłam, ale jednocześnie przypomniałam sobie o pierścieniu, który zdobił mój palec. Zawiesiłam głos, wahając się, ale natychmiastowo przyłożyłam palec do rubinu, czując jednocześnie, że moje serce zaczyna niebezpiecznie walić w klatce piersiowej. Tyle razy czytałam książki fantasy, których bohaterowie – zresztą w większości mając dobre cele – zwodzeni przez siły magii, stawali się źli. Ale nie tylko w książkach były opisywane tego typu sytuacje!Taki Anakin Skywalker, gdy stał się Darthem Vaderem. To jasne, że skusiły go wielkie możliwości, gdy przeszedł na ciemną stronę mocy, czy mnie też to czekało? Wiedziałam, że dzięki rubinowi jestem w stanie zrobić wszystko, pozostaje tylko pytanie, czy umiałabym zabić, aby pozyskać duszę, która mogłaby go zasilić. Ale nie był to ani odpowiedni czas, ani odpowiednie okoliczności, aby o tym myśleć. Uniosłam wzrok, wciąż trzymając dłoń na rubinie, który stawał się nieco gorący pod moimi palcami. Działał. Działał, działał, działał, wciąż utrzymywał mnie w przekonaniu, że magia istnieje na tym świecie. Tym. Ale nie dotyczyło to prawdziwego świata, rzeczywistości, w której przyszło mi żyć wcześniej. – Bardzo bym chciała, aby mnie pan przepuścił, a po tym zapomniał, że tu byłam. – Ton mojego głosu był dziwnie spokojny i melodyjny, jakby rubin sam zdecydował, żeby… nie wiem, zahipnotyzować strażnika? Najwidoczniej to zadziałało, bo mężczyzna odsunął się, robiąc mi miejsce, a ja na lekko drżących nogach weszłam do środka zamku, bojąc się, że to wszystko okaże się słabym dowcipem; że zaraz strażnik odwróci się, by mnie złapać i wydłubać oczy. Urocza wizja.
Już byłam raz w zamku, ale i teraz całe jego wnętrze sprawiło na mnie ogromne wrażenie – zarówno ściany pokryte czarno-białymi kafelkami, jak i bordowe zasłony oraz parawany, mahoniowe krzesła o krwistoczerwonych obiciach, fotele w tych samych kolorach i drewniane stoły, znajdujące się po dwóch stronach czarnej ścieżki, wiodącej prosto do sali balowej. Przeciskałam się przez tłum, zauważając, że stałam obok wybitnie pulchnej kobiety o idealnie okrągłej twarzy, buraczkowych policzkach i ubraną w pełną cekinów suknię w kolorze różowawego nieba podczas zachodu słońca. Szybko odwróciłam od niej wzrok, bojąc się że od nadmiaru kolorów i światełek przechodzących przez cekiny moja głowa wybuchnie. Już niewyspanie, wyczerpanie i wszechobecne krzyki zgromadzonych tu ludzi sprawiły, że czułam się, jakbym miała wkrótce zemdleć; szczerze mówiąc nie dziwiłam się sobie, chyba nigdy wcześniej nie miałam okazji spotkać się z  taką dawką przeróżnych emocji i przeżyć naraz.
Przedzierając się wśród lasu łokci i ramion – jako, że nie należę do zbyt wysokich osób – przypomniałam sobie, jak zaledwie pół godziny temu machałam przed oczami dłońmi, próbując pozdzierać z wszechobecnych gałęzi pajęczyny i odpychać od oczu natrętne igły drzew. Moja piękna, z trudem zdobyta suknia została nieco podniszczona, kiedy przechodziłam przez błoto – rzecz jasna nie pomyślałam o tym, aby poszukać jakiejś suchej trasy lub chociaż przebrać się dopiero w bezpiecznym miejscu, gdzie nie miałam okazji się ubrudzić. Koniec końców jednak pomyślałam, że czystość stroju nie jest aż tak potrzebna… No dobra, jest potrzebna, ale ktoś mógłby to uznać za element przebrania, prawda?
Dopiero gdy wyszłam z lasu, zauważyłam, że moja fryzura również jest w opłakanym stanie. Rozplotłam misternie stworzonego i przyklepanego koka, po czym palcami przeczesałam włosy, przerażając się, gdy mnóstwo kosmyków zostało na mojej dłoni. Wyczerpanie i styl życia, jaki od kilku dni prowadziłam, zapewne nie byłby dla nikogo zbawienny. Raczej śmiertelny.
W tej chwili po raz pierwszy pomyślałam o śmierci. Jasne, zdążyłam ją spotkać, ale to było takie surrealistyczne, że nie pomyślałam o jasnowłosej, młodej Śmierci jako Pogromczyni niosącej wszystkiemu kres. Nie, to niemożliwe. Śmierć nie może być przecież osobą. Osobą? Ja jestem osobą, zapewne jedyną w tym towarzystwie – po pierwsze, wszyscy szaleńcy dookoła mnie są kartami, po drugie…
- Jezus Maria – rzuciłam w przestrzeń trochę za głośno, bo ptaki z pobliskich drzew nagle uniosły się do lotu i odfrunęły. Czarne fale włosów zaczęły opływać moją twarz, a zbyt długa grzywka - drażnić oczy. Zatrzymałam się, czując jednocześnie chłód w butach, spowodowany faktem, że błoto przesiąkło przez podeszwę. Miałam jednak ważniejsze sprawy na głowie. Takie jak pomysł, który właśnie opanował mój umysł. Że wcześniej na to nie wpadłam!
Oparłam się o pobliskie drzewo po czym uniosłam dłonie, by znów związać koka. Poczułam silne, narastające drżenie rąk, więc zmusiłam się do użycia dużej dawki siły, by je opanować. Przyłożyłam palce do włosów, jednak te dalej mocno się telepały, a ja, przerażona, szybko zamknęłam oczy. Co się ze mną działo?
- Przepraszam? Wie może pani, którędy na salę balową? – usłyszałam głos koło mojego ucha, który wyrwał mnie z rozmyślań. Znajdowałam się w zamku, nie w lesie. Ten fakt przyjęłam z ulgą. Pytanie jednak nie było skierowane do mnie, więc tylko przyspieszyłam kroku, czując narastający strach. Wciąż bałam się czekającego na mnie zadania, jednak chciałam mieć to wszystko za sobą. Wrócić do domu. Czy w ogóle wrócę? Może zginę, tu, teraz, zaraz? Odejdę szybko i bezboleśnie?
Spuściłam wzrok, po czym dotknęłam dłonią maski, która zdobiła moją twarz. A raczej ją ukrywała. Ją i rany, które szpecą moje oblicze, takie, które wyglądały, jakby nigdy nie miały się zagoić.
W końcu doszliśmy do wrót, bliźniaczo podobnych do tych, przez które zmuszona byłam przejść na pierwsze spotkanie z Królową; to poprzedzone wybraniem przez promień, którego zresztą nie rozumiałam, a okazało się niemal zbawieniem i cudem. To dzięki niemu przecież miałam okazję zagrać w grę. Kolejną zresztą. Czemu wszyscy mają jakieś potrzeby grania w gry niczym Gollum?
W tym równaniu ja jestem hobbitem, zagubionym Bilbo Bagginsem, którego jedynym marzeniem było zapełnienie swojego brzucha tak, aby w kamizelce popękały mu guziczki. Zatem Gollumem będzie Królowa, a pierścieniem… Śmierć? Skrytykowałam się w myśli. Czy nie miałam ciekawszych rzeczy, żeby o nich myśleć?
Ktoś popchnął mocno drzwi, a przed moimi oczami stanęła cała biała sala, której jedynym urozmaiceniem była stojąca na równie śnieżnej scenie grupa ubranych w czarne garnitury mężczyzn z instrumentami oraz kilkaset czarnych, okrągłych stolików, uginających się niemal pod ciężarem różnorodnych potraw i szkieł wypełnionych szampanem. Bądź innym, przejrzystym alkoholem z bąbelkami. 
Bilbo Baggins w środku mnie zaczął się cieszyć.
Sala była ogromna, zresztą nic dziwnego, skoro musiało się w niej zmieścić całe mnóstwo kolorowo ubrano gości z maskami ozdobionymi szlachetnymi kamieniami i piórami. Czułam się dziwnie, bo przy nich moja prezentowała się wyjątkowo marnie. Była czarna i sięgała zaledwie nosa, a za jedyną ozdobę mogłam uznać ledwo widoczne, ciemnoszare, abstrakcyjne wzory, po głębszym zastanowieniu się przypominające fraktale.
Chyba nikt nie może mnie winić, że pierwsze, co zrobiłam, to rzuciłam się w stronę jednego ze stolików z jedzeniem. Wzięłam w dłoń talerz i porcelanową łyżką nałożyłam do niego jakiejś dziwnej, zielonej sałatki, po czym zaczęłam ją pochłaniać, a fakt, że nie należała do najsmaczniejszych rzeczy na świecie, przestał mieć znaczenie. Byłam gotowa zjeść wszystko, co nie nazywało się jabłkiem. Ostatnio pochłaniałam te owoce w nadmiarze. 
Po chwili złapałam w dłoń miskę z winogronami i oparłam się o ścianę, wpatrując w tańczących ludzi. Moje palce, trzymające zresztą mały, zielonkawy owoc, były w trakcie wędrówki do ust, kiedy poczułam stuknięcie w ramię. Podskoczyłam, a winogron wypadł mi z dłoni i zaczął się turlać po podłodze, a ja odskoczyłam, wpatrując się w napastnika i zastanawiając się, czym mogłabym go zaatakować.
Wtedy jednak zauważyłam, że jest to wyciągający w moją stronę rękę mężczyzna, którego twarz zasłaniała maska i doszło do mnie, że zachowuję się niedorzecznie. Czy rzeczywiście kilka dni spędzone w lesie, na odosobnieniu, kiedy mogłam liczyć tylko na siebie, sprawiły, że stałam się zupełnym dzikusem?
- Czy chce pani zatańczyć? – usłyszałam, na co miałam ochotę odpowiedzieć wybuchem śmiechu. Nie, nie mam ochoty. Chcę tylko schować się pod stołem i gdy zauważę dowódcę straży, po prostu rzucę się na niego z mieczem, którego tu nie mam.
- Bardzo… chętnie – odpowiedziałam jednak, ale nagle doszło do mnie, że nie umiem tańczyć. Uśmiechnęłam się słabo, po czym złapałam mężczyznę za rękę i poczułam, że ten mocno ciągnie mnie niemal na sam środek.
Dobrze myślałam - zupełnie się zbłaźniłam. Kiedy wszyscy ruszali w lewo, ja drżałam na nogach, przerywając w połowie krok w drugą stronę i dołączając do reszty z trwającym dwie sekundy opóźnieniem, psując jednocześnie jakąkolwiek harmonię. Mój partner jednak wydawał się dość cierpliwy i nie zrażał się moimi początkowymi kompromitacjami. Po upływie kilkunastu minut wydawało mi się, że w miarę opanowałam już kroki, które z drugiej strony nie należały do wybitnie skomplikowanych. Do przodu, do tyłu, ukłon, do tyłu, do przodu, ukłon. Obrót, podejście, uniesienie ręki, dwa obroty, do tyłu, do przodu, podejście, ponowne dotknięcie dłoni. W prawo, w prawo, w lewo. Czemu to wydaje się takie łatwe?
Wtedy jednak okazało się, że wcale nie jest to takie łatwe. Nastąpiła mała zmiana partnerów, a pod to podchodziły kolejne tysiące kroków, a ja poczułam się, jakby ktoś wysłał mnie do kraju, w którym ludzie mówią w niezrozumiałym dla mnie językiem i nie potrafię nawet zapytać ich o drogę powrotną. 
***
Słyszę kroki. Unoszę wzrok i dostrzegam osobę, której w danej chwili zdecydowanie nie mam ochoty oglądać.
 - Co tu robisz? – pytam, odrzucając włosy na plecy i wpatrując się z niechęcią w osobnika, który przeszkodził mi w chwili samotności. – Zapraszałam cię? Błagałam o towarzystwo? Nie pamiętam tego – syczę. Moja oczy niebezpiecznie się mrużą, gdy badam wzrokiem twarz gościa. A może lepiej byłoby powiedzieć ‘napastnika’.
 - Och, czyli teraz potrzebuję zaproszenia, żeby do ciebie przyjść, tak? – słyszę, na co przekrzywiam lekko głowę i przywołuję na twarz sztuczne zdziwienie. Kręcę głową i unoszę lekko ręce. – A więc to przez niego? Zwariowałaś? Władza ci szkodzi, możliwości, jakie daje moc?
- Władza i możliwości, mówisz? – rzucam, z trudem powstrzymując się od zabicia wroga. Tak, wroga. Nie mam już przyjaciół. – Najwidoczniej nic o mnie nie wiesz. Ani o nim. Nic nie wiesz, nie rozumiesz? Właśnie dlatego najlepiej by było, gdybym została sama. Bezpieczniej dla ciebie.
- Zastanawiam się, w którym momencie przestałaś się mnie bać i stałaś się tak pewna, by zapomnieć, że zabicie mnie jest… dziwną i względną rzeczą.
Parskam śmiechem, przyglądając się mieczowi. Przesuwam palcami po ostrzu, mocniej, niż powinnam, ale pomimo tego z moich palców nie wypływa krew, a pojawiają się jedynie ślady w postaci nacięć, wgłębień, zaróżowionych, podłużnych kresek.
- Jest taki moment w życiu, kiedy wszystko staje się obojętne – zaczynam, przyglądając się regenerującym wgłębieniom. – Kiedy zdajesz sobie sprawę, że nie masz o co walczyć. To jest ten moment, w którym nie boisz się niczego.
- I zabijasz wszystko, co się rusza, wspólniczko? – słyszę, po czym na mojej twarzy zaczyna gościć uśmiech. Podchodzę do pustej półki i przejeżdżam po niej palcem, zostawiając pasek wolny od kurzu. – Wiesz, że jesteś potężna, ale nie na tyle, żeby to zrobić.
- „To”? Masz na myśli pozbyć się ciebie? – pytam lekko lekceważąco. Przez chwilę bawię się idealnie czerwonym kosmykiem włosów, ale w końcu puszczam go i spoglądam w oczy nie wroga, nie przeciwnika, a najwidoczniej, w pewien skomplikowany sposób, sojusznika. – To, że nikt nie próbował się ciebie pozbyć, to nie oznaka, że jest to niemożliwe. Co nie zmienia faktu, że bez ciebie byłoby dość nudno. I zapanowałby zamęt.
- Och, tylko dlatego pozwalasz mi sobie łaskawie towarzyszyć? – Gorzki śmiech rozbrzmiewa dość głośno, odbijając się od ścian. Zaciskam dłoń na rękojeści miecza, zastanawiając się, czy to jest pytanie z kategorii tych, na które nikt nie oczekuje odpowiedzi.
***
- Niedoświadczona tancerka, prawda? – usłyszałam nagle dziwny, niski głos. Uniosłam wyżej głowę i spoglądnęłam na mojego nowego partnera do tańca: przy dziesiątej wymianie zaczęły boleć mnie stopy, a przy czternastej doszłam do wniosku, że gubię się w liczeniu towarzyszów. Od kilkunastu minut marzyłam tylko o tym, aby znów wrócić do stołów z jedzeniem, jednak nie miałam okazji, by wymknąć się z wiru tańca. Do tej pory ani razu nie zdążyłam znaleźć się gdzie indziej niż w samym środku zamieszania, bo moi dotychczasowi partnerzy za punkt honoru wzięli sobie królowanie na parkiecie. A raczej przykuwanie uwagi innych moim nieudolnym stawianiem kroków.
- Aż tak rzuca się to w oczy? – zapytałam. 'Oczy'.
W tym momencie poczułam, jakby coś kopnęło mnie w brzuch. Patrzył na mnie właściciel najintensywniej piwnych tęczówek, jakie kiedykolwiek miałam okazję ujrzeć. Najgorsze w tych tęczówkach było to, że zdążyłam już je raz zobaczyć. Całkiem niedawno.
Kolejne uczucie uderzenia spowodowane jest faktem, że właśnie w tym momencie przypomniałam sobie o fakcie, iż moje oczy wciąż są błękitne.