6 listopada 2012

Rozdział XV

Moja beta ma natłok obowiązków jeszcze większy niż ja, więc nie będę Was męczyć (jakbym już tego nie robiła) i dodaję nowy rozdział. Z racji, że nie był poprawiany, z góry przepraszam za ewentualne błędy.

Być może każdy twój oddech jest ostatnim tchnieniem kogoś innego - Elias Canetti

            Wybiegłam na schody, będące tylnim wyjściem z zamku. Obiłam się o kamienną ścianę, w ostatniej chwili odpychając się od niej drżącą ręką. Potknęłam się o stopień i usilnie starałam się złapać równowagę.
            Taka głupia i zagubiona. Wydawało mi się, że mogłam od tak przechytrzyć wszystkich. Ja, szesnastoletnia idiotka, według własnego mniemania miałam sprzeciwić się mistycznym siłom!
            Wpadłam na drzwi i z całej siły je popchnęłam. Wyskoczyłam na podwórko i potknęłam się o wiadra. Wydawało mi się, że huk, jaki to wywołało, mógł obudzić całe miasto. Poprawiłam torbę zwisającą z ramienia i obejrzałam się. Nikt nie wyruszył za mną w pogoń ani mnie nie śledził. Pozwoliłam sobie na oddech ulgi, po czym schowałam się w cieniu budynków i powoli udawałam się w kierunku Ciemnego Lasu.
            Gdy przechodziłam nieopodal rynku, moją uwagę przykuła jedna z kamieniczek. Kiedy przyglądałam się beznamiętnie jej pękającym ścianom, starym, pokruszonym gzymsom i rzygaczom, miałam wrażenie, że kiedyś już je widziałam. Zaśmiałam się gorzko pod nosem. Nie mogłam ich wcześniej zobaczyć. Bo niby jak?
            Próbowałam ułożyć te wszystkie wydarzenia w jakąś logiczną całość. Czy kiedykolwiek wcześniej mogłam znajdować się w Księstwie? I w jaki sposób funkcjonowałam w nim bez swojej karty? Rozejrzałam się ponownie. Stałam na rozwidleniu dróg. Na prawo znajdowały się szare domy ze szczelnie pozamykanymi okiennicami i drzwiami, których mieszkańcy bali się patrolującej okolice straży. Co za ironia – przeszło mi przez myśl.
            Znad dachów domów można było dostrzec wznoszący się, ozdobny gmach ratusza z wielkim zegarem, którego wskazówki pokazywały pierwszą w nocy. Panowała grobowa cisza, przerywana jedynie przeszywającym wyciem wilków dochodzących mnie z lewej strony. To tam znajdował się ten przeklęty las, w którym zmuszona byłam spędzić kilka dni swojego nędznego życia. Nad budynkami mogłam ujrzeć korony tych najwyższych, niebezpiecznie szumiących drzew, które jakby chciały mnie ostrzec, żebym nie wchodziła do lasu. Westchnęłam. No cóż, nie miałam wyboru. Lepsze życie w niebezpieczeństwie niż jego brak.
            W końcu, po długiej wędrówce, doszłam do skraju lasu i zatrzymałam się. Spojrzałam na swój nadgarstek. Kiedy ostatnio stałam dokładnie w tym miejscu, bardzo mnie bolał. Teraz bolał cholernie i w dodatku był cały fioletowy. Zarechotałam sama do siebie, choć tak naprawdę nie było mi do śmiechu.
            O nie, tym razem nie miałam zamiaru wchodzić do lasu. Owszem, prawdopodobieństwo, że zostanę w nim znaleziona były niskie, ale szanse, że oszaleję, niebezpiecznie wzrastały. Bez broni czułam się bezsilna. Tak, głupia Beatrycze musiała zgubić floret, bo nie byłabym sobą, gdyby wszystko poszło gładko.
            Miałam ochotę po prostu położyć się i usnąć. Chociaż powieki same mi się zamykały, ze stanu półsnu wyrywał mnie chłód mocnych podmuchów wiatru. Przebierałam sennie nogami, potykając się o kamienie i wystające nad powierzchnię ziemi korzenie drzew.
            Po dłuższym czasie znad koron drzew ujrzałam słomiany dach. Stodoła. Podeszłam do niej najciszej jak mogłam, jednocześnie zachowując największą ostrożność. Zajrzałam przez małe okienko i odetchnęłam z ulgą, kiedy nie zauważyłam w środku żadnego ruchu.
            Jutro ją przeszukam.
            Z tą myślą upadłam na ziemię i schowałam się w stogu siana. Chwilowo mało obchodził mnie fakt, że najprawdopodobniej ktoś mnie znajdzie i zabije. Myślałam tylko o tym, żeby odpocząć.
***
            Obudziłam się z myślą, że jestem największą szczęściarą na świecie. Nie dość, że ciągle żyłam, to jeszcze rzuciła mi się w oczy stojąca nieopodal studnia. Próbowałam się podnieść, jednak bardzo szybko się zachwiałam i z powrotem wylądowałam na ziemi. W dodatku z obtłuczoną kością ogonową. Jęknęłam. Czułam przeraźliwą suchość w ustach. Nie pamiętałam, kiedy piłam po raz ostatni. Wczoraj? Dwa dni temu? Bądź co bądź – czułam, że jeśli tak dalej pójdzie, to zginę z pragnienia. Nie wydawało się to zbyt zachęcającą perspektywą.
            Kiedy wreszcie doczołgałam się do studni, z przerażeniem zauważyłam, że jest pusta. Zachyliłam się mocno i gdyby nie korbka, której uchwyciłam się w ostatniej chwili, zapewne leżałabym gdzieś tam na dole ze skręconym karkiem i już zupełnie wysuszonym gardłem. Opierając się dłonią o ścianę stodoły, doczłapałam do mojej torby, rozpaczliwie ją przeszukując. Byłam gotowa nawet napić się tej halucynogennej wody. Drżały mi ręce. Szczerze mówiąc, była to pierwsza sytuacja, w której marzyłam o szybkiej i bezbolesnej śmierci.
            Gdy okazało się, że butelkę z wodą zostawiłam najpewniej w aptece, byłam bliska załamania. Wtedy z torby wypadł pierścień z dużym, czerwonym oczkiem. Podniosłam go niezdarnie. Nie miałam nawet siły ruszać palcami. Popatrzyłam na niego intensywnie. Już raz wykonał moje polecenie. Zatem musiał to być pierścień pełen mocy, jak rubin na szyi Królowej... Nie zachwycałam się jednak nad znaleziskiem, tylko rozpaczliwie myślałam o wodzie.
            Nagle z ziemi trysnął chłodny strumień. W pierwszej chwili pomyślałam, że to coś na kształt fatamorgany, jednak po chwili rzuciłam się na źródło wody i zaczęłam chciwie moczyć usta. Nie myślałam o niczym innym, czując się jak najszczęśliwsza osoba na świecie.
            Nie wiem, ile upłynęło czasu, jak zdążyłam już opić się do woli i uzupełnić butelki. Wtedy zdjęłam spodnie, płaszcz i koszulę, zostając w samej za dużej, jedwabnej bieliźnie. Opłukałam niemytą od pierwszej wizyty u Królowej twarz, po czym dokładnie zmyłam brud z całego mojego ciała. Przeczesałam palcami włosy i zauważyłam mnóstwo kosmyków, które zostały mi w dłoni.
            Był bardzo ciepły dzień, więc założyłam prowizorycznie wyprane przeze mnie ubrania dopiero wtedy, gdy całkowicie wyschły. Potem  ostrożnie weszłam do stodoły. Przywitał mnie odór zgnilizny. Zasłoniłam dłonią usta i nos. Podniosłam wzrok i niechętnie rozejrzałam się. Dookoła leżało wiele zdechłych świń, owiec i psów, nad którymi latały stada much. Poczułam łzy w oczach, jednak nie zamierzałam się poddać. Starając się zignorować odruch wymiotny, przeszukałam szuflady. Znalazłam jakieś rozbite fiolki, cuchnącą karmę dla zwierząt i dziwnie wygięty łuk z wyłącznie czterema strzałami. Dodatkowo zauważyłam przeschnięte gałązki jakiegoś iglaka i niewielki medalion, który – tak jak i łuk – postanowiłam wziąć ze sobą.
            Razem z bronią przespacerowałam się do lasu, żeby poćwiczyć strzelanie. Z początku nie mogłam nawet trafić w najgrubsze pnie drzew, miałam całe obtarte dłonie i wielokrotnie marzyłam o połamaniu własnoręcznie wszystkich strzał, ale ostatecznie postarałam się uspokoić, choć przyznam – nie przyszło mi to łatwo. Po kilku godzinach ćwiczeń, kiedy moje straty wynosiły jedną zgubioną strzałę i bolący nadgarstek, zaczęłam wreszcie zauważać jakieś efekty. Nauczyłam się tak naciągać cięciwę, że przestały mi krwawić palce, ale wciąż pragnęłam o znalezieniu gdzieś szpady, floretu, miecza… czegokolwiek, co jest bronią białą.
            Gdzieś po południu wróciłam pod stodołę z królikiem, który sam wpadł mi pod nogi. Poszczęściło mi się i zdążyłam zabić go strzałą trzymaną w dłoni, zanim czmychnął w las. Wyjęłam z torby znalezione wcześniej krzemienie, które poznałam tylko po tym, że w kiedyś uczyliśmy się o nich na geografii. Tak, szkoła się do czegoś przydaje. Do przeżycia w Księstwie, którego nie ma na mapie.
            Szkoda tylko, że nie wspomniano, że krzesanie ognia jest takie trudne. Nie wiem, ile czasu minęło, kiedy ze złością rzuciłam krzemieniami w krzaki. Naprawdę nie mogła pojawić się chociaż jedna, najmniejsza iskierka?!
            Postanowiłam zająć się królikiem. Kiedy jednak popatrzyłam na martwe ciało zwierzątka tak bliźniaczo podobne do tego, które mieszkało w klatce w moim domu, zrobiło mi się niedobrze. Tyle razy na filmach widziałam, jak obdzierano zwierzęta ze skóry i smażono ich mięso, ale jakoś nie mogłam się przełamać. Kiedy w końcu, chcąc pozbyć się sierści, wbiłam szpic strzały w bok zwierzęcia, wyplusnął strumień krwi, a ja pisnęłam i odskoczyłam z miejsca. Wydałam z siebie dźwięk będący mieszanką łkania, obrzydzenia oraz wrzasku, postanawiając, że lepiej poszukam jagód. Jak łatwo się domyślić, po jakimś bliżej nieokreślonym czasie poddałam się i wróciłam na miejsce mojego obozu z protestującym z głodu żołądkiem.
            Po raz kolejny przeszukując stodołę – kiedy próbowałam trafić chociaż na spleśniały chleb - trafiłam na przykurzone drzwi, które wcześniej nie rzuciły mi się w oczy. Popchnęłam je z całej siły, a one zaskakująco łatwo otworzyły się.
            Znalazłam się w sypialni, która wyglądała, jakby nie sprzątano w niej od wieków. Drewniane łóżko miało połamany baldachim, a zapewne niegdyś śnieżnobiałe prześcieradło pokryte było warstwą kurzu. Kaszlnęłam kilkakrotnie, po czym rozejrzałam się dokładniej po pomieszczeniu. Na dywanach leżało mnóstwo obrazów o porozrywanym płótnie. Szuflady komody były wysunięte i znajdujące się w nich papiery zwisały z krawędzi. Podeszłam niepewnym krokiem do szafy i ostrożnie ją otworzyłam. Wypadł z niej stos ciężkich strojów, który prawie przygniótł mnie do ziemi.
            Już kilka minut później stałam przed popękanym lustrze, ubrana w jedną ze znalezionych sukien -ciemnozieloną, z dekoltem w łódkę i rozszerzonymi rękawami. Była za szeroka, więc ścisnęłam się mocno gorsetem. To był błąd, bo nie umiałam go potem poluzować, a z trudem łapałam oddech. Przeklęłam, wyrzucając z płuc resztę powietrza. Wyjrzałam przez zabrudzone okno. Miałam na oko trzy, może cztery godziny do rozpoczęcia balu, z czego godzinę zajmie mi dojście w tej przeklętej sukni do zamku. Musiałam się spieszyć.
            Przeszukałam dokładnie wszystkie szuflady, ale natknęłam się tylko na kurz, brud i stare kosmetyki. W którejś szkatułce znalazłam igłę, nitkę i nożyczki. Usprawiedliwiając się, że tych sukni już raczej nikt nie ubierze, obcięłam pasmo jednej z nich i za pomocą dwóch igieł, nowo uzyskanej wstążki i kilku agrafek spięłam włosy w dość ładnego koka.
            Wyszłam na dwór i napiłam się wody tryskającej z ziemi, jednocześnie zauważając, że strumień był coraz mniejszy i słabszy. Jeszcze raz uzupełniłam zapasy cieczy i usiadłam na kamieniu, ucząc się oddychać nie ruszając klatką piersiową, której miarowe unoszenie się uniemożliwiał ten diabelny gorset.
            Położyłam torbę na kolanach i zaczęłam przeglądać jej zawartość. Zero jedzenia. Miałam nadzieję, że przynajmniej na balu zaoferują szwedzki stół, bo mój skręcający się z głodu żołądek cały czas dawał o sobie znać. Po chwili wyjęłam pierścień i dokładnie go obejrzałam.
            Zwykła błyskotka z czerwonym oczkiem, ot co.
            - Daj coś do jedzenia – wyszeptałam do niego beznamiętnie, a gdy nic się nie stało, gorzko zaśmiałam się sama do siebie. Grunt, to gadać do biżuterii. A jednak jakoś przeniosłam się z apteki do zamku i strumień wody sam z siebie nie wytrysnął…
            Nabrałam mocno powietrza i powtórzyłam polecenie głosem wydobytym z całego mojego ciała. Nic się nie stało. Znowu.
            Po kilku próbach, zdenerwowana i rozwścieczona, ścisnęłam pierścień w dłoni.
            - Chciałabym coś do jedzenia, błagam! – warknęłam. W tym momencie, jakby te słowa były jakimś kluczem, przede mną w przeciągu kilku sekund wykiełkowała mała roślinka, która po paru mrugnięciach oka wyrosła na potężną jabłoń.
            Zerwałam owoc z nisko zwisającej gałęzi i wgryzłam się w jego skórkę. Kwaskowaty sok trysnął do moich ust, uspokajając rozszalałe od długiego niejedzenia podniebienie. Zjadłam kolejne jabłko. I jeszcze następne. Pochłaniałam je w zawrotnym tempie do czasu, aż najadłam się do syta. Potem włożyłam do torby tyle jabłek, ile się w niej zmieściło i z owocem w ręku usiadłam znów na kamieniu. Obróciłam kilkakrotnie w dłoni pierścień. Czerwień rubinu robiła się coraz mniej intensywna.
            Dzięki mocy kamienia królik, którego upolowałam, sam obdarł się ze skóry i upiekł, patyk zamienił się w miecz i moja torba powiększyła się. Jednak kiedy poprosiłam o zamianę moich kozaków na pantofelki, nic się nie stało. Dostrzegłam, że rubin stał się matowy.
            A co, jeśli wytraciłam całą jego moc na jakieś głupoty?!
            Z złości zrzuciłam torbę na ziemię. Usłyszałam brzdęk tłuczonego szkła i łzy same napłynęły mi do oczu. Przetarłam oczy i upadłam na kolana. Fiolka. To fiolka z bezcenną krwią jednorożca rozbiła się i czerwona maź rozpływała się po mojej torbie.
            - Szlag! – wrzasnęłam, machinalnie przykładając rękę do plamy krwi. Poczułam okropny ból, przeszywający całe moje ciało. Syknęłam i zabrałam rękę. Przyłożyłam dłoń do ust, przyglądając się palcom.
            Rubin. 
            Rubin znów zaczął się jarzyć.
            Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. Zdezorientowanie. Tak, to najlepsze słowo, jakie mogło opisać to, jak się czułam. Kamień znów odzyskał moc? Ale… dlaczego?
            Zajrzałam szybko do torby. Krew zniknęła. W takim razie… musiała wchłonąć. Wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Krew nasila rubin. To dlatego Królowa jej potrzebowała. Cokolwiek mi się wcześniej nie myślałam, byłam w błędzie. Rozumiałam coraz więcej.
            A przynajmniej tak mi się wydawało.
            Spojrzałam na rubin. Co będzie mi niezbędne? Pytania uderzały o moją czaszkę, wywołując ból głowy.
            - Uzdrów moją rękę, proszę – szepnęłam, po czym zamknęłam oczy, modląc się w duchu, aby rubin zadziałał. Poczułam przeszywający ból. Wrzasnęłam, po czym szybko rozejrzałam się i, starając się zignorować łzy napływające mi do oczu, wsadziłam pięść zdrowej ręki i mocno ją ugryzłam. Zachłysnęłam się nabieranym przez nos powietrzem i załkałam.
            Wyobraźcie sobie, że dwie osoby trzymają was za ręce i próbują rozerwać was na pół. Potem powiększcie ból, jaki odczuwacie tysiąckrotnie. Boli? Jak cholera. Właśnie tak się czułam.
            Zwinęłam się mocno w kłębek. Gdy ból minął, rozprostowałam się i spojrzałam na rękę. Skóra nabrała normalnego odcienia i mogłam swobodnie poruszać nadgarstkiem. Przełknęłam łzy i przymknęłam oczy, zastanawiając się, czego jeszcze potrzebuję.
            - Maska. Proszę o maskę na bal – pisnęłam po dłuższej chwili ciszy. W ułamku sekundy zaczęła materializować się w moich dłoniach. Uniosłam ją i nałożyłam na twarz, zawiązując z tyłu głowy wstążką. Zamknęłam oczy, rozmyślając. Przyłożyłam pierścień do nadgarstka i mruknęłam pod nosem kilka słów.
            Potem wstałam i – idąc w cieniu drzew – skierowałam się w stronę zamku.
~~~~~~
Ciekawe, czy ktoś zgadnie, o czym ważnym zapomniała Beatrycze...